

Francja
Tartaro i Petit Perroquet
Żyli kiedyś matka i syn. Mieszkali bardzo skromnie, a czasem było im naprawdę ciężko. Syn nazywał się Petit Perroquet. Był młody, uważny na innych i miał rzadki zwyczaj: zanim coś zrobił, najpierw dobrze się przyglądał i myślał.
- Kraj
- Francja
- Wiek
- 8–11 lat

Posłuchaj baśni
Tartaro i Petit Perroquet
Żyli kiedyś matka i syn. Mieszkali bardzo skromnie, a czasem było im naprawdę ciężko. Syn nazywał się Petit Perroquet. Był młody, uważny na innych i miał rzadki zwyczaj: zanim coś zrobił, najpierw dobrze się przyglądał i myślał.
Pewnego ranka Petit powiedział matce:
— Pójdę poszukać pracy. Nie chcę, żebyśmy ciągle liczyli ostatnie monety. Może gdzieś znajdzie się zajęcie także dla mnie.
Matka włożyła mu do torby chleb, objęła go i powiedziała:
— Siły nie masz najwięcej, ale umysł jasny. Dbaj o niego i nie trać dobroci.
Petit szedł daleko. Minął jedną wieś, drugą i trzecią, przemierzył wzgórza, drogi i pola, aż wreszcie dotarł do wielkiego miasta. Nad dachami górował królewski pałac.
— Czy nie potrzeba tutaj pracowników? — pytał.
Odpowiedziano mu:
— W królewskim ogrodzie szukają pomocnika.
Tak Petit został ogrodnikiem.
Na początku uczciwie uprzedził:
— Prawie nie umiem pracować motyką.
Stary ogrodnik się roześmiał.
— Nie umiesz, to nauczymy. Gorzej, kiedy człowiek uważa, że już wszystko wie.
Petit uczył się szybko. Podlewał drzewa, podwiązywał młode gałęzie, nosił wodę i zbierał suche liście. Ze wszystkimi się witał, nikogo nie traktował grubiańsko i nigdy nie śmiał się z cudzego błędu.
Wkrótce polubili go słudzy, kucharze i strażnicy.
Po królewskim ogrodzie często spacerowała księżniczka. Ona także zwróciła uwagę na nowego ogrodnika. Nie dlatego, że zabiegał o jej względy, lecz dlatego, że Petit równie uprzejmie rozmawiał z królewskim doradcą, jak z chłopcem zamiatającym alejki.
Na dworze mieszkał jednak młody książę, który od dawna chciał poślubić księżniczkę. Zauważył, że chętnie rozmawia z Petitem, i obudziła się w nim zazdrość.
„Kim on jest? Zwykłym ogrodnikiem!” — myślał.
Pewnego dnia przyszedł do króla.
— Wasza królewska mość — powiedział — wiecie, czym przechwala się wasz ogrodnik? Mówi, że potrafi przyprowadzić tu konia Tartara.
Tartaro był olbrzymem mieszkającym daleko za rzeką, w górach. Ludzie bali się wchodzić do jego lasu, bo nie lubił nieproszonych gości i przepędzał ich tak, że mało kto odważał się wrócić.
Król się zdziwił i wezwał Petita.
— Podobno obiecałeś przyprowadzić konia Tartara.
— Niczego takiego nie mówiłem, wasza królewska mość.
— A jednak doniesiono mi, że mówiłeś.
Petit zrozumiał, że spór nic nie da.
— Jeśli rzeczywiście rozkazujecie mi spróbować, dajcie pieniądze na drogę. I pozwólcie, żebym sam decydował, jak postąpić.
Król się zgodził.
Petit ruszył w drogę. Długo szedł, aż rozlała się przed nim szeroka rzeka. Przy brzegu stał prom.
— Przewieziesz mnie? — zapytał przewoźnika.
— Przewiozę.
Petit dobrze zapłacił i dodał:
— Być może nie wrócę sam. Jeśli przeze mnie będziesz miał kłopot, także za niego zapłacę.
Za rzeką zaczynał się gęsty las. Petit wspinał się coraz wyżej, aż zobaczył samotny dom przy zboczu.
Zapukał.
Drzwi otworzyła bardzo stara kobieta.
— Chłopcze, odejdź stąd — szepnęła. — Mój syn Tartaro nie znosi obcych. Jeśli cię usłyszy, będzie nieszczęście.
Petit podziękował za ostrzeżenie i ukrył się pod wielką stertą paproci niedaleko domu.
Wkrótce ziemia jakby zadudniła. Rozległy się ciężkie kroki. Tartaro wracał.
— Ktoś tutaj był! — zagrzmiał od progu.
— Nikogo nie ma — odpowiedziała matka. — Chodź na kolację.
Tartaro jeszcze długo chodził dokoła, zaglądał za kamienie i pod drzewa, rozgarniał paprocie. Petit leżał cichutko. Olbrzym odsunął kilka wierzchnich gałązek tuż nad nim, lecz wkrótce zmęczył się szukaniem i wszedł do domu.
Kiedy dobiegło stamtąd głośne chrapanie, Petit wysunął się z kryjówki i zakradł do stajni.
Stał tam niezwykły koń. Na jego szyi wisiał ogromny dzwon.
— Tylko ciebie byłoby słychać na pół góry — szepnął Petit.
Szczelnie wypełnił dzwon miękkimi paprociami. Serce dzwonu nie mogło już uderzać o metal.
Wyprowadził konia ze stajni, wskoczył na grzbiet i pogalopował nad rzekę.
Przewoźnik już czekał. Razem wprowadzili konia na prom i przeprawili się na drugą stronę.
Gdy zostawili brzeg za sobą, z lasu dobiegł ryk Tartara:
— Oddaj mojego konia!
Ale dzieliła ich już rzeka.
Petit dotarł do miasta. Tuż przed pałacem wyjął paprocie z dzwonu.
Bommm! Bommm!
Ludzie wyglądali z okien i wybiegali na ulice.
— Petit wrócił!
— Z koniem Tartara!
Król był zdumiony. Księżniczka szczerze się ucieszyła, że Petit wrócił cały i zdrowy.
A zazdrosny książę tylko jeszcze bardziej się nachmurzył.
Następnego dnia znów przyszedł do króla.
— Słyszeliście, wasza królewska mość? Teraz Petit mówi, że przyniesie diament Tartara.
Król ponownie wezwał ogrodnika.
— Chwaliłeś się, że przyniesiesz diament olbrzyma?
Petit westchnął.
— Nie. Ale chyba tutaj wymyśla się moje słowa szybciej, niż zdążę je wypowiedzieć.
Król na chwilę się zamyślił, lecz mimo to powiedział:
— Spróbuj i tym razem.
Petit znów wziął pieniądze na drogę i ruszył nad rzekę. Przewoźnik na jego widok pokręcił głową.
— Znowu tam?
— Znowu.
— Nie podoba mi się ta góra.
— Mnie też — przyznał Petit.
Przeprawił się, dotarł do domu Tartara i ponownie ukrył się w paprociach. Olbrzym długo szukał nieproszonego gościa, ale go nie znalazł.
Późną nocą, gdy wszystko ucichło, Petit cicho wszedł do domu. Pod poduszką Tartaro trzymał wielki, lśniący kamień. Właśnie jego na dworze nazywano diamentem olbrzyma.
Petit wziął kamień i wydostał się na zewnątrz.
Biegł tak szybko, jak potrafił. Przewoźnik zabrał go na drugi brzeg, a za plecami znów rozległ się głos Tartara:
— Oddaj mój diament!
Petit się nie zatrzymał.
Gdy przyniósł kamień królowi, na dworze podniosła się jeszcze większa wrzawa niż poprzednio.
Księżniczka podeszła do Petita i powiedziała cicho:
— Nie podobają mi się te próby. Za każdym razem ryzykujesz przez cudze słowa.
— Mnie też się to nie podoba — odpowiedział Petit. — Ale teraz chcę się dowiedzieć, kto je wymyśla.
Nie musiał długo czekać.
Zazdrosny książę przyszedł do króla po raz trzeci.
— Petit mówi, że potrafi przyprowadzić samego Tartara.
Kiedy ogrodnik znów stanął przed królem, nie zaprzeczał już wielokrotnie.
— Tego nie powiedziałem. Ale skoro rozkazujecie, potrzebuję mocnej żelaznej karety, trzech koni, beczki miodu, mnóstwa piór i dwóch rogów.
Wszyscy się zdziwili.
— Po co ci miód i pióra? — zapytał król.
— Jeśli wszystko się uda, zobaczycie.
Po kilku dniach kareta była gotowa.
Petit dojechał nad rzekę. Przewoźnik na widok żelaznego pojazdu aż klasnął w dłonie.
— Tym razem zamierzasz przewieźć cały dom?
— Prawie.
Z trudem przeprawili ciężką karetę. Na drugim brzegu Petit wysmarował płaszcz miodem, oblepił go piórami i przyczepił do kaptura dwa rogi. O zmierzchu naprawdę przypominał dziwne stworzenie z dawnej górskiej legendy.
Podjechał do domu Tartara i zapukał.
Olbrzym sam otworzył drzwi.
— Kim jesteś?
Petit przemówił najniższym głosem, jaki zdołał z siebie wydobyć:
— Jestem starszym duchem dalekich gór. Słyszałem, że mieszka tu Tartaro, którego nikt nie potrafi przestraszyć.
Tartaro się wyprostował.
— To ja. I nikogo się nie boję.
— Więc dowiedź tego. Wsiądź do mojej żelaznej karety. Jeśli nie zlękniesz się podróży, uznam cię za najodważniejszego olbrzyma.
Tartaro prychnął i sam wlazł do środka.
Petit zamknął ciężkie drzwi i ruszył.
Dopiero przy rzece olbrzym zrozumiał, że wiezie się go daleko od domu.
— Otwórz!
— Niedługo będziemy na miejscu — odpowiedział Petit.
Przewoźnik o nic nie pytał. Spojrzał tylko na Petita tak, jakby uznał, że po tej podróży już nic go nie zdziwi.
Gdy żelazna kareta podjechała pod pałac, zrobiło się zamieszanie.
— Tartaro tutaj!
— Zamykać bramy!
— Wołać straż!
Strażnicy chwycili za broń, lecz Petit uniósł rękę.
— Nikt nie będzie strzelał. Nie przywiozłem go żywego po to, żeby zaczęła się tutaj bitwa.
Król kazał wszystkim się odsunąć. Drzwi karety pozostawiono zamknięte, dopóki nie uzgodniono, że rozmowa będzie spokojna.
Petit stanął przy karecie i powiedział:
— Tartaro! Twój koń i diament są tutaj. Zostaną ci zwrócone. Ale obiecasz, że nie będziesz już groźbami wypędzał podróżnych z lasu ani straszył tych, którzy zabłądzili przy twojej górze.
Z karety długo nie dochodziła odpowiedź.
Wreszcie rozległ się gniewny głos:
— A ty obiecasz, że nie będziesz więcej właził do mojego domu?
Petit lekko się uśmiechnął.
— Z przyjemnością.
— I oddacie konia?
— Oddamy.
— I kamień?
— Tak.
Tartaro jeszcze chwilę się zastanawiał.
— W takim razie zgoda.
Król kazał otworzyć karetę. Tartaro wyszedł gniewny, potargany, ale cały i zdrowy. Na widok swojego konia od razu złagodniał.
Wtedy księżniczka zwróciła się do ojca:
— A teraz zapytaj, proszę, kto trzy razy przypisywał Petitowi słowa, których nigdy nie powiedział.
W sali zapadła cisza.
Król przeniósł wzrok na zazdrosnego księcia.
Ten pobladł.
Najpierw próbował się usprawiedliwiać, potem plątał w wyjaśnieniach, aż w końcu przyznał:
— To byłem ja. Zazdrościłem mu.
Król zmarszczył brwi.
— Przez twoją zazdrość drugi człowiek trzykrotnie narażał się na niebezpieczeństwo.
Księcia nie wtrącono do więzienia i nie ukarano okrutnie. Musiał jednak opuścić dwór, przeprosić Petita i długo uczyć się odpowiedzialności za własne słowa.
Tartaro wrócił na swoją górę razem z koniem i diamentem. Powiadają, że później podróżni nie słyszeli już od niego strasznych gróźb. Najczęściej tylko burczał:
— Nie depczcie moich paproci!
Petit pozostał na dworze. Król zaproponował mu wysokie stanowisko, lecz Petit poprosił, żeby najpierw mógł sprowadzić do miasta matkę.
— Wszystko zaczęło się od tego, że chciałem jej pomóc — powiedział.
Księżniczka i Petit spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Rozmawiali w ogrodzie, spierali się, śmiali i dobrze się poznali. Kiedy później postanowili się pobrać, była to ich własna decyzja, a nie nagroda za trzy próby.
Na wesele zaproszono nawet przewoźnika. Uniósł puchar i powiedział:
— Zawsze wiedziałem, że jeśli ten chłopak po raz trzeci przeprawia się przez moją rzekę z żelazną karetą, opowieść skończy się czymś niezwykłym.
Wszyscy się roześmiali.
Petit Perroquet zaś często powtarzał odtąd młodym ogrodnikom:
— Najtrudniejsze próby zaczynają się od cudzej zazdrości i nieprawdziwych słów, zanim jeszcze spotkamy olbrzyma czy wejdziemy do ciemnego lasu. Dlatego słuchajcie uważnie, myślcie samodzielnie i nie pozwalajcie, żeby strach decydował za was.
To chyba była najcenniejsza rzecz, jaką przywiózł z dalekiej góry.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
