

Estonia
Tiidu Dudziarz
Dawno temu w pewnej estońskiej wsi stała mała chatka, w której mieszkała duża rodzina. Wszyscy pracowali od rana do wieczora: jedni nosili wodę, inni doglądali ogrodu, jeszcze inni pomagali w polu.
- Kraj
- Estonia
- Wiek
- 6–10 lat
- Czas czytania
- 10 min

Posłuchaj baśni
Tiidu Dudziarz
Dawno temu w pewnej estońskiej wsi stała mała chatka, w której mieszkała duża rodzina. Wszyscy pracowali od rana do wieczora: jedni nosili wodę, inni doglądali ogrodu, jeszcze inni pomagali w polu. Tylko jeden z synów, Tiidu, nie potrafił znaleźć zajęcia dla siebie. Posyłano go po drewno — zasłuchiwał się w wiatr szumiący w koronach sosen. Dawano mu koszyk na jagody — siadał na pieńku i wystukiwał palcami rytm na jego dnie. A kiedy w ręce Tiidu trafiała wierzbowa piszczałka, chłopiec potrafił grać godzinami. Sąsiedzi kręcili głowami: — Z muzyki chleba nie upieczesz. Pewnego razu obok ich zagrody przechodził stary wędrowiec. Usłyszał grę Tiidu, zatrzymał się przy płocie i długo słuchał. — Kto nauczył cię tak wygrywać melodie? — zapytał. — Nikt — wzruszył ramionami Tiidu. — Palce same wiedzą, dokąd mają biec. Starzec się uśmiechnął. — Może więc twoim zadaniem wcale nie jest robić to samo, co inni. Ale talent też potrzebuje pracy. Graj, ucz się, zarób pierwsze pieniądze i kup prawdziwe dudy. Zobaczysz, co będzie dalej. Tiidu zapamiętał te słowa. Odtąd nie włóczył się już bez celu z piszczałką. Codziennie uczył się nowych melodii, wsłuchiwał w ptasie głosy, w deszcz stukający o dach i w skrzypienie wozów na drodze. Na jarmarkach i wiejskich zabawach przygrywał ludziom do tańca. Dostawał za to czasem piętkę chleba, czasem jabłko, a czasem kilka monet. Minęło trochę czasu i Tiidu uzbierał na dudy. To dopiero był instrument! Wystarczyło, że zaczął grać, a dzieci podskakiwały, dziewczęta ruszały do tańca i nawet najpoważniejsi gospodarze mimo woli przytupywali do taktu. O Tiidu usłyszano w sąsiednich wsiach. Zapraszano go na wesela, jesienne uczty i święta po żniwach. Wracał do domu z podarunkami i pieniędzmi, a rodzina wreszcie przekonała się, że muzyka także może być prawdziwą pracą. Z początku Tiidu cieszył się każdą okazją do grania. Z czasem zaczął jednak zwracać uwagę na coś innego: po każdej zabawie jego sakiewka stawała się cięższa. I coraz częściej myślał już o pieniądzach zamiast o muzyce. — Podobno w dalekiej krainie Kungla ludzie są bogaci — usłyszał pewnego dnia. — Za dobrą grę hojnie tam płacą. „Skoro tutaj tyle zarabiam, to ile zarobię tam?” — pomyślał. Postanowił ruszyć w drogę. W porcie okazało się, że podróż statkiem kosztuje sporo. Tiidu pożałował swoich monet i przystał na niemądry podstęp znajomego marynarza: miał zakraść się na pokład, a potem udawać, że jakimś cudem sam dogonił statek. Pomysł omal nie skończył się źle. Kiedy kapitan poznał prawdę, zmarszczył brwi. — Muzyk ma zręczne palce — powiedział — ale dobrze byłoby mieć również uczciwe serce. Tiidu się zaczerwienił. — Zapłacę, gdy tylko będę mógł. Kapitan pozwolił mu zostać na statku. Wieczorami Tiidu grał marynarzom, a fale zdawały się podchwytywać rytm. Tak dotarł do Kungli. Stolica oszołomiła go wysokimi domami, gwarnymi placami i wspaniałymi strojami. Nagle jego stare dudy wydały mu się zbyt skromne. „Z takim instrumentem mnie wyśmieją” — uznał i schował dudy. Najął się do pomocy w kuchni przy wielkim dworze. Pewnego dnia przy miejskiej bramie spotkał jednak tego samego starego wędrowca. — Gdzie się podziała twoja muzyka? — zapytał starzec. — Tutaj nikomu nie jest potrzebna — odpowiedział Tiidu. — Już raz się pomyliłeś, sądząc, że twój talent nic nie jest wart. Nie popełniaj tego błędu drugi raz. Jutro usiądź pod wielką lipą na placu i zagraj. Nazajutrz Tiidu tak właśnie zrobił. Najpierw zatrzymało się jedno dziecko. Potem kupiec. Następnie kobieta z koszykiem. Po kilku minutach wokół muzyka stał już cały tłum. Tiidu zagrał wesołą polkę — ludzie roześmiali się i ruszyli do tańca. Zagrał spokojną melodię — na placu zapadła cisza. A gdy skończył, u jego stóp leżały monety. Od tej pory grał codziennie. Zapraszano go do bogatych domów, na uczty i uroczystości. Z każdym rokiem stawał się coraz sławniejszy. Wraz ze sławą wracała jednak dawna słabość: znów nie wystarczało mu, że miał dość. Chciał mieć coraz więcej. Minęło kilka lat. Tiidu zgromadził pokaźny majątek i postanowił wyruszyć w kolejną morską podróż. Po drodze rozpętała się jednak gwałtowna burza. Statek został uszkodzony, a pasażerowie ratowali się, jak mogli. Tiidu chwycił szeroką deskę i fale wyrzuciły go na bezludny brzeg. Ocalał, ale całe bogactwo przepadło wraz z bagażem. Zniknęły także jego ukochane dudy. Siedział na piasku i słuchał szumu morza. — Tak długo goniłem za monetami — wyszeptał — że prawie zapomniałem, dlaczego w ogóle zacząłem grać. Na wyspie rosły drzewa o czerwonych jabłkach. Zgłodniały Tiidu zerwał jedno i ugryzł. Wtedy poczuł, że z jego nosem dzieje się coś dziwnego. Nos zaczął rosnąć. Najpierw o długość palca. Potem o długość dłoni. Wreszcie zrobił się tak długi, że Tiidu musiał podtrzymywać go obiema rękami. — Ładne mi jabłuszko! — jęknął. Długo szukał pomocy, aż trafił na krzew z twardymi orzeszkami. Rozgryzł jeden — i nos trochę się skrócił. Zjadł drugi — nos skrócił się jeszcze bardziej. Po trzecim wrócił do dawnego rozmiaru. Tiidu roześmiał się z ulgą. Na wszelki wypadek nazbierał do torby zarówno czerwonych jabłek, jak i leczniczych orzeszków. Wkrótce obok wyspy przepływał statek. Marynarze dostrzegli Tiidu i zabrali go na pokład. Tak wrócił do Kungli niemal bez pieniędzy, lecz z bardzo osobliwym skarbem w torbie. Wtedy dawna chciwość znów zaszeptała mu do ucha: „Jeśli sprzedasz jabłka, a potem każesz sobie słono zapłacić za leczenie, szybko odzyskasz bogactwo”. Tiidu posłuchał tego głosu. Czerwone jabłka trafiły do królewskiego pałacu i wkrótce kilku dworzan chodziło z tak długimi nosami, że ledwie mogli wyminąć się w drzwiach. Z początku Tiidu zamierzał udawać zagranicznego lekarza. Kiedy jednak zobaczył, jak bardzo wszyscy się przestraszyli, ogarnął go wstyd. Zdjął kapelusz i powiedział: — To moja wina. Wiedziałem, że jabłka są czarodziejskie. Chciałem zarobić na cudzym nieszczęściu. Wybaczcie mi. Mam lekarstwo i niczego za nie nie wezmę. Roztarł orzeszki na proszek i niebawem wszystkie nosy znów wyglądały jak dawniej. Król długo przyglądał się Tiidu. — Postąpiłeś nierozumnie — powiedział. — Ale miałeś odwagę przyznać się i naprawić szkodę. Czego teraz pragniesz? Tiidu się zastanowił. Kiedyś poprosiłby o skrzynię złota. Teraz odpowiedział: — Tylko tyle, żebym mógł kupić mały kawałek ziemi w rodzinnej wsi i nie musiał już biegać po świecie za bogactwem. Król dał mu dość pieniędzy na podróż i nowy początek. Przed wyjazdem Tiidu odnalazł kapitana, któremu niegdyś obiecał zapłacić za morską przeprawę. — Pamiętam o swoim długu — powiedział i położył przed nim monety. Kapitan się uśmiechnął. — Teraz widzę, że masz nie tylko zręczne palce, ale i serce stało się lepsze. Gdy Tiidu wrócił do rodzinnej wsi, wiele się w niej zmieniło. Dzieci dorosły, stare drzewa były jeszcze wyższe, a droga do domu wydawała się mniejsza niż w dzieciństwie. Kupił niewielką zagrodę niedaleko rodziny, pomógł bliskim i zrobił sobie nowe dudy. Odtąd grał dlatego, że muzyka przynosiła ludziom radość, a nie po to, by napełniać sakiewkę. Kiedy go pytano: — Ile można zarobić na dobrej melodii? Odpowiadał ze śmiechem: — Monety łatwo policzyć. Ale ile radości mieści się w jednej piosence, tego nie policzy nikt. Potem brał dudy, nadymał miech i nad wsią znów płynęła muzyka, od której zaczęła się kiedyś cała jego długa podróż.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
