Okładka: O czym szumią wierzby

Cały świat

O czym szumią wierzby

Pewnego wiosennego ranka Kret sprzątał swój podziemny domek. Zamiatał, trzepał dywaniki, wycierał półki i w końcu tak zmęczył się kurzem i porządkiem, że rzucił szczotkę prosto na podłogę.

Kraj
Cały świat
Wiek
7–12 lat
Czas czytania
10 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

O czym szumią wierzby

Pewnego wiosennego ranka Kret sprzątał swój podziemny domek. Zamiatał, trzepał dywaniki, wycierał półki i w końcu tak zmęczył się kurzem i porządkiem, że rzucił szczotkę prosto na podłogę.

— Dosyć! — zawołał. — Przecież na dworze jest wiosna!

Kret wydostał się z nory, przebił przez ciepłą ziemię i po raz pierwszy od dawna zobaczył słońce, młode liście i błękitne niebo.

Szedł przed siebie bez celu, aż nagle przed nim zalśniła rzeka.

Kret znieruchomiał.

Woda żyła: płynęła, migotała, wirowała przy brzegach i niosła odbicia chmur. Na przeciwległym brzegu, przy swojej norze, siedział Szczur Wodny.

— Cześć! — zawołał Szczur. — Pływałeś kiedyś łodzią?

— Nigdy — przyznał uczciwie Kret.

Szczur ze zdumienia omal nie upuścił wiosła.

— Nigdy? W takim razie właśnie dziś trzeba zacząć.

Przepłynął rzekę, posadził Kreta w łodzi i pokazał mu, jak trzymać wiosło. Potem urządzili piknik na trawie.

Kret był szczęśliwy. Słuchał opowieści Szczura o rzece, jej zatokach, wyspach i sąsiadach i myślał, że przypadkiem odnalazł cały nowy świat.

— A kto mieszka dalej? — zapytał.

— W Dzikim Lesie mieszka Borsuk — odpowiedział Szczur. — Jest dobry, ale nie lubi niezapowiedzianych gości. Jest jeszcze Ropuch. Mieszka w wielkiej Ropuszej Rezydencji i bez przerwy zakochuje się w jakimś nowym zajęciu.

Niedługo później Kret poznał Ropucha.

Ten akurat zachwycił się wędrownym wozem.

— Przyjaciele! — wołał. — To najlepszy wynalazek na świecie! Drogi, świeże powietrze, codziennie nowe widoki! Wyruszamy natychmiast!

Szczur i Kret zgodzili się na podróż, choć Szczur od razu zauważył, że Ropuch bardziej lubi opowiadać, jak wspaniale wszystko zorganizował, niż zaprzęgać konia albo przygotowywać kolację.

Przez kilka dni podróż przebiegała spokojnie. Pewnego dnia drogą z hukiem przemknął samochód.

Wóz się zachwiał, koń przestraszył, a Ropuch zamiast się złościć, stał pośrodku drogi z szeroko otwartymi oczami.

— Samochód… — szepnął. — To dopiero prawdziwe życie!

Od tej chwili wóz poszedł w zapomnienie.

Ropuch zaczął kupować samochody, jeździć zbyt szybko i przechwalać się swoimi przygodami. Nie słuchał rad, nie myślał o niebezpieczeństwie i kilka razy rozbił auta. Na szczęście nikt nie został poważnie ranny, ale przyjaciele martwili się coraz bardziej.

— To już nie jest pasja — powiedział Borsuk. — To nieodpowiedzialność.

Borsuk, Szczur i Kret zebrali się w Ropuszej Rezydencji.

— Ropuchu — powiedział Borsuk — musisz skończyć z niebezpiecznymi przejażdżkami.

— Oczywiście! — odpowiedział Ropuch bardzo potulnie. — Wszystko zrozumiałem. Żadnych samochodów. Nigdy.

Przyjaciele spojrzeli na siebie podejrzliwie.

Dobrze wiedzieli, że kiedy Ropuch nagle staje się zbyt posłuszny, najprawdopodobniej już coś knuje.

I rzeczywiście. Przy pierwszej okazji Ropuch uciekł z domu.

Przy drodze zobaczył cudzy samochód pozostawiony bez opieki. Zamiast przejść obok, nie potrafił się powstrzymać.

— Tylko jedna mała rundka — powiedział do siebie.

Ale „mała rundka” skończyła się wielkim kłopotem. Policja zatrzymała Ropucha. Za kradzież samochodu, niebezpieczną jazdę i zuchwałe wybryki trafił do więzienia.

Początkowo narzekał na cały świat.

— Jak mogli uwięzić tak sławnego, szlachetnego i czarującego Ropucha! — wołał.

Z czasem jednak nawet on musiał przyznać, że przyjaciele ostrzegali go wiele razy, a decyzję, by wsiąść do cudzego samochodu, podjął sam.

Córka strażnika więziennego pożałowała Ropucha. Widziała, że jest bardziej lekkomyślny niż zły, i pomogła mu uciec, przebierając go za praczkę.

Ropuch wydostał się na wolność, lecz droga do domu okazała się długa. Musiał się ukrywać, prosić o pomoc, jechać pociągiem, płynąć barką i niejeden raz wpadał w zabawne sytuacje przez własną chełpliwość.

Tymczasem w domu wydarzyło się coś poważnego.

Pod nieobecność Ropucha bezczelni mieszkańcy Dzikiego Lasu, łasice i gronostaje, zajęli Ropuszą Rezydencję. Wyrzucili służbę, zamknęli bramy i uznali, że teraz dom należy do nich.

Szczur, Kret i Borsuk nie mogli nic zrobić otwarcie. Napastników było zbyt wielu.

Kiedy Ropuch wreszcie dotarł do domu, najpierw nie mógł uwierzyć.

— Moją rezydencję? Moją wspaniałą rezydencję? — krzyknął. — Natychmiast pójdę i sam ich wszystkich wypędzę!

— Właśnie przez takie pomysły wpadasz w kłopoty — powiedział spokojnie Borsuk. — Najpierw myślimy. Potem działamy.

Ropuch chciał się sprzeciwiać, ale przypomniał sobie samochody, więzienie i długą drogę do domu.

— Dobrze — burknął. — Słucham.

Borsuk znał stary podziemny tunel prowadzący prosto do spiżarni Ropuszej Rezydencji. Dawno temu pokazał mu go ojciec Ropucha.

Przyjaciele poczekali do wieczora i ruszyli tunelem.

— Cicho — szeptał Borsuk.

— Przecież jestem cicho — odpowiadał Ropuch tak głośnym szeptem, że Kret dwa razy przykładał mu łapę do ust.

Kiedy dotarli do domu, najeźdźcy właśnie urządzali ucztę i przechwalali się swoim zwycięstwem.

Przyjaciele niespodziewanie wyskoczyli ze spiżarni. Zrobił się hałas. Łasice i gronostaje, które nie spodziewały się gospodarzy wewnątrz domu, rzuciły się do drzwi i okien. Borsuk uderzał laską o podłogę, Szczur blokował korytarz, Kret sprytnie pojawiał się raz tu, raz tam, a Ropuch, zapomniawszy o wszystkich przygotowanych wcześniej bohaterskich przemowach, po prostu pomagał przyjaciołom.

Nie była potrzebna prawdziwa bitwa. Gdy intruzi zobaczyli, że tajne przejście zostało otwarte i gospodarze wrócili, zrozumieli, że nie zdołają utrzymać rezydencji, i uciekli z powrotem do lasu.

Ropusza Rezydencja znów była wolna.

— Jutro urządzę ogromny bankiet na cześć mojego wspaniałego zwycięstwa! — zaczął Ropuch. — I wygłoszę przemowę o tym, jak ja…

Nagle umilkł.

Borsuk uniósł brew.

Szczur się uśmiechnął.

Kret cierpliwie czekał.

Ropuch podrapał się po głowie.

— To znaczy… o tym, jak wszyscy odzyskaliśmy dom. Borsuk wymyślił plan. Kret i Szczur ryzykowali nie mniej ode mnie. Chyba nie mam prawa przypisywać wszystkiego sobie.

— To już brzmi jak rozsądna myśl — powiedział Borsuk.

Na przyjęciu Ropuch naprawdę wszystkich zaskoczył. Nie śpiewał pieśni o własnej wielkości, nie przechwalał się ucieczką z więzienia i nie domagał się oklasków.

Kiedy goście chwalili jego odwagę, odpowiadał:

— Dziękuję, ale bez przyjaciół niczego bym nie dokonał.

Szczur i Kret ledwo poznawali dawnego samochwałę.

Ropuch nie stał się idealny. Czasem nadal zapalał się do nowego pomysłu tak szybko, jakby ktoś odpalał w nim fajerwerk. Ale teraz, zanim wydał pieniądze, złamał zasady albo wciągnął przyjaciół w kolejną przygodę, przynajmniej próbował zapytać:

— A wy co o tym sądzicie?

Dla Ropucha był to ogromny postęp.

A życie nad rzeką trwało dalej.

Kret nauczył się prowadzić łódź i przestał dziwić się każdej fali. Szczur pozostał jego najlepszym przyjacielem i znał wszystkie ścieżki wzdłuż brzegów. Borsuk nadal kochał spokój swojego domu w Dzikim Lesie, ale jego drzwi dla przyjaciół zawsze były otwarte.

Pewnego zimowego wieczoru Kret nagle poczuł zapach swojego starego podziemnego domu. Zrobiło mu się smutno na myśl, że tak bardzo zachwycił się nowym życiem, iż niemal zapomniał o miejscu, w którym mieszkał wcześniej.

Szczur od razu to zauważył.

— Chodźmy do ciebie — powiedział.

— Ale tam wszystko jest małe i proste — odpowiedział zakłopotany Kret.

— Tym lepiej. Dom nie musi być Ropuszą Rezydencją, żeby był drogi sercu.

Odnaleźli starą norę, zapalili lampę, strzepnęli kurz z foteli i urządzili skromną kolację. Kret patrzył na znajome przedmioty i czuł, że jego życie nie podzieliło się na „stare” i „nowe”. Po prostu stało się większe.

Mieściły się w nim teraz i cicha nora, i rzeka, i łódź, i Dziki Las, i uparty Borsuk, i niewiarygodny Ropuch.

Wiosną przyjaciele znów siedzieli nad brzegiem. Nad wodą pochylały się wierzby, młode liście szeleściły na wietrze, a rzeka niosła swoje wody dalej.

Kret słuchał tego cichego szumu i myślał, że najlepsze przygody nie zawsze są tymi, w których pędzisz najszybciej albo najgłośniej ze wszystkich opowiadasz o sobie.

Czasem prawdziwą przygodą jest znaleźć przyjaciela, wrócić do domu, przyznać się do błędu albo nauczyć się w porę zwolnić.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨