Okładka: Węglarz, który został królem

Filipiny

Węglarz, który został królem

Dawno temu w dalekim królestwie żył król, który bardzo lubił donośne obwieszczenia, trudne próby i uroczyste obietnice. Miał też córkę — mądrą księżniczkę, która ponad wszystko pragnęła sama decydować o swoim życiu.

Kraj
Filipiny
Wiek
6–10 lat
Czas czytania
8 min
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Węglarz, który został królem

Dawno temu w dalekim królestwie żył król, który bardzo lubił donośne obwieszczenia, trudne próby i uroczyste obietnice. Miał też córkę — mądrą księżniczkę, która ponad wszystko pragnęła sama decydować o swoim życiu. Pewnego dnia król kazał bić w bębny na wszystkich placach i ogłosił: — Kto przez dziesięć dni z rzędu będzie przywoził do pałacu po dziesięć wozów srebra, dowiedzie, że umie zarządzać wielkim majątkiem. Otrzyma prawo zostania moim następcą i poproszenia o rękę księżniczki. Jeśli jednak nie dotrzyma obietnicy, będzie musiał na zawsze opuścić królewski dwór. Usłyszał o tym młodzieniec, syn ubogiego węglarza. Pomagał rodzicom wypalać węgiel drzewny, rąbał chrust i znał wartość każdej monety. — Mamo, spróbuję — powiedział wieczorem. Matka tylko pokręciła głową. — Synu, w naszej chacie nie ma nawet jednego wozu srebra, a co dopiero stu. — Wiem — odpowiedział. — Ale czasem droga ukazuje się dopiero wtedy, kiedy zrobi się pierwszy krok. Następnego ranka wziął siekierę i poszedł do lasu. Wybrał tam wielkie stare drzewo, lecz gdy tylko się zamachnął, usłyszał cichy głos: — Nie ścinaj mnie. Lepiej zajrzyj do dziupli. Młodzieniec znieruchomiał i rozejrzał się. Nikogo. — Do dziupli — powtórzył głos. Wsadził do środka rękę i wyciągnął małą, wytartą sakiewkę. Była pusta. — To wszystko? — zaśmiał się i lekko nią potrząsnął. Dzyń! Na ziemię spadła srebrna moneta. Potrząsnął jeszcze raz. Dzyń! Dzyń! Spadły dwie następne. A potem z sakiewki posypało się tyle monet, że trawa u jego stóp zalśniła, jakby spadł na nią srebrny deszcz. Młodzieniec szybko zrozumiał: sakiewka była czarodziejska. W domu pokazał znalezisko rodzicom. Rozłożyli na podłodze maty i wkrótce urosła na nich cała góra srebra. — Teraz rzeczywiście możesz sprostać królewskiej próbie — powiedziała matka. — Pamiętaj jednak, że czarodziejski przedmiot nie czyni człowieka mądrym. O mądrość będziesz musiał postarać się sam. Nazajutrz młodzieniec poszedł do pałacu. Straż początkowo nie chciała go wpuścić: miał proste ubranie, ręce pokryte sadzą i zakurzone buty. Król usłyszał jednak sprzeczkę i kazał przyprowadzić nieznajomego. — Rozumiesz warunek? — zapytał. — Rozumiem. — Naprawdę zdołasz przywozić srebro przez dziesięć dni z rzędu? — Postaram się dotrzymać słowa. Pierwszego dnia pod pałac zajechało dziesięć wozów srebra. Drugiego — kolejne dziesięć. Potem trzeciego, czwartego i piątego. W królestwie mówiono tylko o niezwykłym synu węglarza. Księżniczka jednak wcale się nie cieszyła. — Ojciec mówi o mnie tak, jakbym była częścią nagrody — skarżyła się służącej. — Nawet nie znam tego młodzieńca. A on nie zna mnie. Kiedy dowiedziała się, że srebro pochodzi z czarodziejskiej sakiewki, postanowiła przerwać próbę. Zaprosiła młodzieńca do ogrodu i długo wypytywała go o las, pracę węglarza oraz niezwykłe znalezisko. Gdy zaś zmęczony drogą zasnął w cieniu, zabrała sakiewkę. Następnego ranka młodzieniec obudził się i od razu zrozumiał, co się stało. Bez sakiewki nie mógł spełnić obietnicy. Było mu przykro i bał się tego, co go czeka. Najbardziej jednak bolała go nie utrata srebra. — Zaufałem komuś, a ten ktoś zabrał moją własność — powiedział do siebie. — Muszę najpierw zrozumieć, dlaczego tak się stało. Opuścił miasto i ruszył przed siebie. Długo wędrował po górach, aż pewnego dnia zgłodniał tak bardzo, że zerwał owoc z nieznanego drzewa. Owoc był słodki, soczysty i pachniał miodem. Po chwili na głowie młodzieńca wyrosły dwa małe różki. — Ależ się poczęstowałem! — zawołał, obmacując czoło. Ciągnął różki — nie schodziły. Kręcił nimi — nie dawały się odkręcić. Nazajutrz trafił na inne drzewo, obwieszone złocistymi owocami. Ostrożnie odgryzł kawałeczek. Puf! Różki zniknęły. Młodzieniec zamyślił się, a potem nazbierał owoców z obu drzew. — Może te czary pomogą mi odzyskać to, co do mnie należy. Ale bez zemsty — postanowił. Minęło trochę czasu. Opalonego i zarośniętego po wędrówkach młodzieńca trudno było rozpoznać. Wrócił do stolicy i poprosił o pracę pomocnika w królewskiej kuchni. Pracował sumiennie. Nauczył się piec placki, gotować korzenną zupę i obierać warzywa tak szybko, że kucharz nie mógł wyjść z podziwu. Pewnego dnia przygotowywano w pałacu wielki obiad. Młodzieniec dodał do owocowego dania odrobinę soku z pierwszego czarodziejskiego owocu. Król, królowa i księżniczka spróbowali deseru. Nagle wszystkim trojgu wyrosły małe różki. W sali zapadła cisza. Król dotknął czoła. — Co to takiego?! Księżniczka spojrzała w lustro i omal się nie roześmiała, choć wcale nie było jej do śmiechu. Kucharz zaczął biegać po sali. — Potrzebny lekarz! Natychmiast sprowadzić lekarza! Wtedy pomocnik kucharza wystąpił naprzód. — Znam lekarstwo. Zadziała jednak dopiero po szczerej rozmowie. — Jakiej znowu rozmowie? — zmarszczył brwi król. Młodzieniec zdjął podróżny kaptur. Księżniczka rozpoznała go pierwsza. — To ty… — Tak. Syn węglarza. Król się zaczerwienił. — Gdzie byłeś? Dlaczego nie ukończyłeś próby? — Bo zniknęła czarodziejska sakiewka. Księżniczka spuściła wzrok. — To ja ją zabrałam — przyznała. — Postąpiłam źle. Bałam się, że zostanę zmuszona do małżeństwa z kimś, kogo sama nie wybrałam. Chciałam powstrzymać ojca, ale zamiast szczerze o tym powiedzieć, zachowałam się nieuczciwie. Król długo milczał. Potem westchnął. — A ja uczyniłem córkę częścią konkursu. To też nie było zbyt mądre. Młodzieniec skinął głową. — Zacznijmy więc od nowa. Bez targowania się o ludzi i bez kradzieży. Księżniczka przyniosła czarodziejską sakiewkę i oddała ją właścicielowi. Młodzieniec rozpuścił w wodzie sok z drugiego owocu i każdemu podał po łyku. Puf! Puf! Puf! Różki zniknęły. Król obmacał głowę i ucieszył się tak bardzo, że wybuchnął śmiechem. — Mogłeś nas poniżyć przed całym królestwem, a jednak tego nie zrobiłeś. — Chciałem prawdy, a nie upokorzenia — odpowiedział młodzieniec. Król odwołał dawne obwieszczenie. Nikt już nie mógł „wygrać” czyjegoś małżeństwa. Księżniczka sama wybierała, z kim się przyjaźnić i kogo wpuszczać do swojego życia. Syn węglarza pozostał na dworze, ale nie dzięki bezdennej sakiewce. Zaczął się uczyć: słuchał doradców, poznawał prawa, jeździł po wsiach i pytał ludzi, czego im brakuje. Część srebra z czarodziejskiej sakiewki przeznaczał na studnie, drogi i szkoły, a część kazał oszczędzać, bo nawet czarodziejskiego bogactwa nie należy bezmyślnie marnować. Księżniczka często się z nim spierała. I dobrze się działo. — Znów o wszystkim zdecydowałeś sam — mówiła. — Powiedz więc, jak ty byś postąpiła. Rozmawiali, śmiali się, gniewali i godzili, aż stopniowo stali się najlepszymi przyjaciółmi. Dopiero znacznie później, kiedy oboje dobrze się już poznali, młodzieniec zapytał: — Czy chciałabyś, żebyśmy dalej szli tą samą drogą? — Chciałabym — odparła księżniczka. — Ale tylko jeśli czasami pozwolisz mi mieć rację. — Czasami? — No dobrze. Często. Tak pobrali się z własnej woli. Kiedy zaś stary król przekazał im sprawy państwa, syn węglarza naprawdę został królem. Otoczył się ludźmi, którzy umieli myśleć i mówić prawdę, zamiast pochlebcami. Powiadają, że jego królestwo rozkwitało przez wiele lat. Czarodziejską sakiewkę przechowywano zaś w zwykłej drewnianej skrzynce. Na jej wieczku wyryto tylko kilka słów: „Bogactwo otwiera drzwi. Mądrość podpowiada, dokąd pójść”.

Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨