

Niemcy
Wesele pani Lisicy
Na skraju lasu, pod starym dębem, stał przytulny domek z czerwonym dachem. Przez wiele lat mieszkali w nim pan Lis, pani Lisica i ich dobra pomocnica, Kotka.
- Kraj
- Niemcy
- Wiek
- 5–9 lat

Posłuchaj baśni
Wesele pani Lisicy
Na skraju lasu, pod starym dębem, stał przytulny domek z czerwonym dachem. Przez wiele lat mieszkali w nim pan Lis, pani Lisica i ich dobra pomocnica, Kotka.
Pan Lis był już bardzo stary. Znał każdą ścieżkę w lesie, pamiętał, gdzie wiosną najwcześniej kwitną fiołki, i potrafił chodzić po suchych liściach tak cicho, że nie budził nawet śpiącej sowy.
Pewnej cichej zimy odszedł.
Pani Lisica bardzo za nim tęskniła. Przez długi czas nie chciała ani gości, ani zabaw, ani głośnych rozmów. Siadała przy oknie, patrzyła na padający śnieg i wspominała dobre lata spędzone razem.
Kotka dbała tymczasem o porządek. Rozpalała kominek, gotowała ciepłe mleko z cynamonem i starała się nie hałasować.
Pewnego ranka ktoś zapukał do drzwi.
Stuk, stuk, stuk.
Kotka wyjrzała przez okno.
Na ganku stał Wilk. Przygładził futro, wyczyścił buty i trzymał w łapie mały bukiecik suszonych leśnych kwiatów.
— Dzień dobry, pani Kotko — powiedział grzecznie. — Czy pani Lisica jest w domu?
— Jest — odpowiedziała Kotka. — A w jakiej sprawie?
Wilk trochę się speszył.
— Słyszałem, że teraz mieszka sama. Chciałbym poznać ją bliżej, jeśli nie ma nic przeciwko.
Kotka weszła po schodach.
Tup, tup, tup.
Zapukała do pokoju.
Stuk, stuk.
— Pani Lisico, przyszedł gość.
— Kto taki? — odezwała się Lisica.
— Pan Wilk.
Pani Lisica pomyślała i zapytała:
— Czy jest uważny na innych?
— Chyba tak.
— A czy lubi słuchać, a nie tylko mówić?
Kotka przypomniała sobie, że jeszcze na progu Wilk przez dziesięć minut opowiadał o sobie, i odpowiedziała uczciwie:
— Z tym chyba jest trudniej.
Pani Lisica się uśmiechnęła.
— W takim razie podziękuj mu za kwiaty, ale powiedz, że nie jestem gotowa.
Kotka przekazała odpowiedź, a Wilk odszedł bez urazy.
Nazajutrz znów rozległo się:
Stuk, stuk, stuk.
Tym razem przyszedł Pies.
— Pani Kotko — powiedział — jestem wesoły, wierny i świetnie pilnuję domu. Może pani Lisica zechce mnie poznać?
Kotka pobiegła na górę.
Tup, tup, tup.
— Pani Lisico, przyszedł pan Pies.
— Czy lubi ciche wieczory?
Kotka spojrzała w dół, skąd dobiegało już głośne:
— Hau! Jestem tutaj! Hau! Proszę przekazać, że zaczekam!
— Niezbyt ciche — odpowiedziała.
— Chyba za bardzo się różnimy — powiedziała pani Lisica.
Pies również odszedł, życząc wszystkim dobrego dnia.
Potem przybył Jeleń. Był smukły i uprzejmy, lecz tak długo podziwiał swoje poroże w lustrze przy drzwiach, że Kotka zdążyła dwa razy wytrzeć parapet.
— Przystojny — powiedziała pani Lisica, wysłuchawszy relacji. — Ale potrzebuję kogoś, kto nie patrzy przez cały czas tylko na siebie.
Przyszedł Zając.
Był dobry, lecz denerwował się tak bardzo, że co pół minuty pytał:
— Czy nie powiedziałem czegoś niewłaściwego? A teraz? A przed chwilą?
Pani Lisica westchnęła.
— Potrzebuje kogoś, kto pomoże mu nabrać odwagi. A ja potrzebuję teraz spokoju.
Przybył Niedźwiedź.
Przyniósł ogromny garnek miodu, ale czekając na odpowiedź, sam zjadł prawie połowę.
— Hojny zamiar — roześmiała się Kotka — choć prezent trochę się po drodze zmniejszył.
Pani Lisica też po raz pierwszy od dawna roześmiała się szczerze.
Później odwiedził je Lew. Mówił niezwykle uroczyście, jakby każde słowo miało trafić do kroniki.
— Proszę powiadomić panią Lisicę — oznajmił — że ja, Lew, jestem gotów ozdobić swoją obecnością jej dom.
Kotka nie zdążyła nawet wejść po schodach, gdy z góry dobiegło:
— Dziękuję, ale mój dom już mi się podoba!
Lew zamrugał ze zdumienia, po czym grzecznie się ukłonił i odszedł.
Minęło kilka dni. W domku znów zapanował spokój.
— Może wystarczy już gości? — zapytała Kotka.
Pani Lisica popatrzyła na ogień.
— Może wystarczy. Nie szukam kogoś tylko ze strachu przed samotnością. Chciałabym mieć obok kogoś, z kim łatwo jest milczeć i wesoło rozmawiać.
Właśnie wtedy znów rozległo się:
Stuk, stuk, stuk.
Kotka otworzyła drzwi.
Na ganku stał młody Lis w czerwonawych bucikach. Miał spiczasty pyszczek, uważne oczy i zupełnie niewielki bukiet gałązek z zimowymi jagodami.
— Dzień dobry — powiedział. — Słyszałem, że pani Lisica nie przepada za niespodziewanymi gośćmi. Mogę od razu odejść, jeśli to nieodpowiednia pora.
Kotka z zainteresowaniem uniosła brwi.
— Nie będzie pan nalegał?
— Po co? — zdziwił się Lis. — Jeśli ktoś nie chce gości, trzeba to uszanować.
— Chwileczkę — powiedziała Kotka i pobiegła na górę.
Tup, tup, tup.
— Pani Lisico, znów gość.
— Kto tym razem?
— Młody Lis.
Pani Lisica przypomniała sobie dawne rodzinne powiedzonko i zapytała żartem:
— A ma czerwone buciki i spiczasty pyszczek?
— Właśnie tak — roześmiała się Kotka.
— To jeszcze niczego nie dowodzi. Jaki jest?
Kotka się zastanowiła.
— Grzeczny. Nie przechwala się. A najpierw powiedział, że jeśli nie ma pani ochoty na gości, to odejdzie.
Pani Lisica przez chwilę milczała.
— Zaproś go na herbatę. Tylko na herbatę.
Tak też zrobiły.
Młody Lis wszedł, wytarł łapy przy drzwiach i nie usiadł w najlepszym fotelu, dopóki go do tego nie zaproszono.
Przy herbacie nie opowiadał bez końca o własnych przygodach. Pytał panią Lisicę o ogród, słuchał jej historii, śmiał się z żartów Kotki i sam pomógł sprzątnąć filiżanki.
W następnym tygodniu przyszedł znowu.
Później chodzili razem po lesie.
Wiosną posadzili przy domu krzak dzikiej róży.
Latem zbierali jagody.
Jesienią siedzieli na ganku i słuchali deszczu.
Kiedy znów nadeszła zima, pani Lisica powiedziała do Kotki:
— Wiesz, chyba jestem gotowa na świętowanie.
— A co będziemy świętować? — Kotka figlarnie zmrużyła oczy.
— Wesele.
W domku pod starym dębem rozpoczęły się przygotowania.
Kotka wymyła okna tak starannie, że odbijały się w nich gwiazdy. Zając przyniósł wstążki. Niedźwiedź tym razem dostarczył miód, nie otwierając po drodze garnka. Jeleń ozdobił drzwi gałęziami. Pies obiecał szczekać dopiero wtedy, gdy ucichnie muzyka. Nawet Wilk i Lew przyszli złożyć życzenia młodej parze.
Podczas zabawy nikt z nikim nie rywalizował ani nie próbował dowieść, że jest lepszy.
Pani Lisica sama wybrała tego, z kim było jej dobrze.
Kotka patrzyła na tańczących i powiedziała cichutko:
— To mi się podoba. Właściwy gość to nie ten, kto najgłośniej puka. To ten, komu ma się ochotę otworzyć.
Jeśli leśni muzykanci jeszcze się nie zmęczyli, podobno gdzieś pod starym dębem do dziś grają wesołą weselną melodię.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
