

Laos
Wielki Chwalipięta
Dawno temu na południu Laosu mieszkał człowiek, którego we wsi przezwano Wielkim Chwalipiętą.
- Kraj
- Laos
- Wiek
- 6–9 lat
- Czas czytania
- 6 min

Posłuchaj baśni
Wielki Chwalipięta
Dawno temu na południu Laosu mieszkał człowiek, którego we wsi przezwano Wielkim Chwalipiętą.
Ludzie niemal przestali używać jego prawdziwego imienia, bo dokądkolwiek się wybrał, rozmowa bardzo szybko zamieniała się w opowieść o jego własnych wyczynach.
Jeśli ktoś mówił:
— Wczoraj niosłem ciężki worek ryżu aż do sąsiedniej wioski.
Chwalipięta natychmiast odpowiadał:
— Jeden worek? Ja kiedyś niosłem dwa i nawet się nie zmęczyłem!
Kiedy myśliwy opowiadał:
— W lesie usłyszałem tygrysa tuż obok siebie.
Chwalipięta machał ręką:
— Też mi niebezpieczeństwo! Ja raz słyszałem dwa tygrysy! I chyba same się mnie przestraszyły.
Gdy ktoś wspominał długą drogę, wielką ulewę, strome wzgórze albo ciężką pracę, Wielki Chwalipięta zawsze miał historię jeszcze dłuższą, straszniejszą i bardziej niewiarygodną.
Z początku mieszkańcy słuchali go z zainteresowaniem.
Potem zaczęli wątpić.
A w końcu, widząc go z daleka, przypominali sobie pilne zajęcia i rozchodzili się do domów.
— Uwaga, idzie Chwalipięta — szeptał ktoś. — Jeśli zostaniemy, do wieczora opowie nam, jak sam przesunął górę.
Pewnego dnia do wioski przybył młodzieniec z odległych stron. Usłyszał o Wielkim Chwalipięcie i zdziwił się.
— Czy on naprawdę jest taki silny?
— Może i jest — odpowiedzieli mieszkańcy. — Ale jego słowa zawsze są silniejsze od niego.
Młodzieniec się uśmiechnął.
Był szybkim biegaczem i umiał dobrze rozkładać siły. Miał jednak jeszcze jedną zaletę: nie lubił się przechwalać.
Następnego ranka spotkał Wielkiego Chwalipiętę przy targu.
— Podobno jesteś najbardziej wytrzymałym człowiekiem w całej okolicy — powiedział.
Chwalipięta wyprostował plecy.
— Nie tylko w okolicy! Zapewne znacznie dalej również.
— Może więc się zmierzymy?
Wokół natychmiast zebrali się ludzie.
— W czym? — spytał Chwalipięta.
Młodzieniec wskazał niewysokie wzgórze za wioską.
— Pobiegniemy na szczyt. Tylko jeden warunek: postaram się przez całą drogę oddychać spokojnie i jedynie kilka razy zaczerpnąć głębszego oddechu.
Chwalipięta prychnął.
— Kilka? Ja zrobię to jeszcze rzadziej!
— Nie musisz — odparł spokojnie młodzieniec. — Najważniejsze, żeby dobiec.
— Może dla ciebie! Ja pokażę prawdziwą wytrzymałość!
Mieszkańcy postanowili towarzyszyć biegaczom wzdłuż drogi, by wyścig był uczciwy.
— Gotowi? — zapytał sołtys.
Młodzieniec stanął na starcie.
Chwalipięta nabrał powietrza, wydął policzki i postanowił za wszelką cenę udowodnić, że potrafi niemal nie oddychać.
— Start!
Ruszyli.
Z początku Chwalipięta wyrwał do przodu tak szybko, że wzbił tuman kurzu.
— Widzieliście? — zdążył zawołać. — To dopiero prędkość!
Ale droga zaczęła piąć się pod górę.
Młodzieniec biegł równo: krok, krok, wdech, wydech.
Chwalipięta robił się coraz bardziej czerwony, próbując dotrzymać własnej niedorzecznej obietnicy.
Wkrótce zwolnił.
Po kilku dalszych krokach stanął i wreszcie głośno zaczerpnął powietrza.
— Wszystko w porządku? — zapytał młodzieniec, również się zatrzymując.
Chwalipięta oparł ręce na kolanach.
— Oczywiście… Ja tylko… sprawdzałem drogę.
— Możemy biec dalej bez tych dziwnych zasad — zaproponował młodzieniec. — Po prostu dotrzyjmy na szczyt.
Wokół rozległy się ciche chichoty.
Chwalipięta się wyprostował.
— Gdybyśmy biegli w dół, wygrałbym bez trudu!
Jeden z mieszkańców nie wytrzymał:
— A gdyby wzgórze było równiną, a równina łodzią, pewnie przepłynąłbyś nawet niebo!
Ludzie wybuchnęli śmiechem.
Chwalipięta poczerwieniał jeszcze bardziej.
Młodzieniec jednak się nie śmiał.
— Posłuchaj — powiedział. — Nie musisz za każdym razem być najsilniejszy. Nikt nie wymagał, żebyś biegł prawie bez oddychania. Sam obiecałeś coś niemożliwego, bo chciałeś powiedzieć więcej ode mnie.
Chwalipięta już miał odpowiedzieć jakąś dawną historią o tym, jak wbiegł na jeszcze wyższą górę.
Nawet otworzył usta.
I nagle się powstrzymał.
Spojrzał na stojących wokół ludzi i po raz pierwszy zauważył, że jego opowieści wcale ich nie zachwycają. Już dawno przestali w nie wierzyć.
— Więc naprawdę unikacie mnie przez moje przechwałki? — zapytał.
Stary sąsiad odpowiedział uczciwie:
— Nie dlatego, że opowiadasz o sobie. Dlatego, że przy tobie nikomu innemu nie zostaje miejsce na własną historię.
Te słowa okazały się cięższe niż jakikolwiek worek ryżu.
Tego dnia Chwalipięta nie dobiegł na szczyt pierwszy.
Wydarzyło się jednak coś ważniejszego.
Wieczorem, kiedy ludzie zebrali się na pogawędkę, podszedł i usiadł obok.
Ktoś opowiadał, jak naprawił dach przed deszczem.
Chwalipięta już chciał powiedzieć, że sam kiedyś naprawił trzy dachy jednego dnia.
Powstrzymał się jednak.
— A jak zdążyłeś? — zapytał zamiast tego.
Sąsiad spojrzał na niego ze zdumieniem i mówił dalej.
Potem odezwał się inny mężczyzna.
Chwalipięta znów po prostu słuchał.
Tak minął cały wieczór.
I stało się coś dziwnego: gdy przestał próbować wszystkich prześcignąć, ludzie przestali przed nim uciekać.
Z czasem przezwisko „Wielki Chwalipięta” przypominano już tylko żartem.
A on naprawdę stał się silniejszy. Nauczył się bowiem wypowiadać dwa trudne zdania:
— Tego nie potrafię.
Oraz:
— Opowiedz mi o sobie.
Prawdziwa pewność siebie nie potrzebuje głośnych dowodów. Czasami najlepszym sposobem, by stać się ciekawszym rozmówcą, jest uważne wysłuchanie cudzej historii.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
