

Japonia
Zbieracz bambusa i księżycowe dziecko
Dawno, dawno temu w Japonii, niedaleko zielonych wzgórz, mieszkał stary zbieracz bambusa ze swoją żoną. Każdego dnia chodził do bambusowego gaju. Ścinał proste, mocne łodygi, zanosił je do domu i wyplatał kosze, robił kubki, małe szkatułki oraz inne…
- Kraj
- Japonia
- Wiek
- 6–10 lat

Posłuchaj baśni
Zbieracz bambusa i księżycowe dziecko
Dawno, dawno temu w Japonii, niedaleko zielonych wzgórz, mieszkał stary zbieracz bambusa ze swoją żoną. Każdego dnia chodził do bambusowego gaju. Ścinał proste, mocne łodygi, zanosił je do domu i wyplatał kosze, robił kubki, małe szkatułki oraz inne przedmioty, które później sprzedawał na targu.
Małżonkowie żyli skromnie. Mieli niedużą chatkę, ogród i wszystko, czego potrzebowali do prostego życia. Jedna dawna tęsknota jednak nie dawała im spokoju: nie mieli dzieci.
Pewnego ranka staruszek pracował jak zwykle w gaju. Słońce przebijało się przez smukłe liście, a wiatr szeleścił wysoko nad jego głową. Nagle pośród zwyczajnych zielonych łodyg zobaczył jedną, która promieniała od środka łagodnym złotym światłem.
— Cóż to za dziwo? — wyszeptał.
Ostrożnie pochylił się i rozciął łodygę. W jej niewielkim wnętrzu siedziała maleńka dziewczynka. Mieściła się na dłoni i świeciła tak delikatnie, jakby w bambusie ukrył się promień księżyca.
Staruszek oniemiał.
— Czyżby niebiosa usłyszały nasze modlitwy?
Otulił dziecko rękawem i pospieszył do domu. Kiedy żona ujrzała dziewczynkę, w jej oczach stanęły łzy radości.
— Nie trafiła do nas przypadkiem — powiedziała. — Pokochamy ją jak własną córkę.
Tak w ich chatce zamieszkało księżycowe dziecko. Odtąd zaczęły dziać się także inne cuda. Kiedy zbieracz znajdował świecącą łodygę bambusa, często leżała w niej mała złota moneta lub cenny kamyk. Z czasem małżonkowie przestali zaznawać biedy. Ich najdroższym skarbem pozostała jednak dziewczynka.
Rosła inaczej niż zwykłe dzieci. W kilka miesięcy stała się tak duża, jak inne dziewczęta dopiero po wielu latach. Jej włosy były ciemne i lśniące, a twarz jasna niczym niebo wokół pełni księżyca. Nazwano ją Księżniczką Księżycowego Blasku.
Staruszków cieszyła jednak najbardziej nie jej uroda, lecz łagodność. Pomagała matce, lubiła słuchać szelestu bambusa i długo patrzyła na księżyc, choć nie umiała wyjaśnić, dlaczego wydawał jej się tak znajomy.
Wieść o niezwykłej dziewczynie dotarła daleko. Do chatki zaczęli przyjeżdżać bogaci i szlachetnie urodzeni młodzieńcy. Każdy chciał ją zobaczyć, a niektórzy od razu prosili o jej rękę.
Księżniczka nie zamierzała podejmować decyzji w pośpiechu.
— Oni prawie mnie nie znają — mówiła ojcu. — Jak można obiecać komuś wspólne życie tylko dlatego, że usłyszał o mojej urodzie?
Ojciec ją rozumiał. Pięciu najbardziej wytrwałych zalotników nie ustępowało jednak przez całe miesiące.
— Jeśli mówią, że są gotowi zrobić dla mnie wszystko — postanowiła księżniczka — niech wykażą się uczciwością i wytrwałością, a nie bogactwem. Każdemu dam zadanie.
Pierwszego poprosiła o kamienną misę Buddy z dalekich Indii. Drugiego o czarodziejską gałązkę z góry Hōrai, gdzie według legendy drzewa mają srebrne korzenie, złote pnie i owoce z drogich kamieni. Trzeci miał przynieść skórę ognistego szczura, która rzekomo nie płonie w ogniu. Czwarty miał odnaleźć drogocenną perłę z szyi morskiego smoka. Piątemu poleciła przynieść rzadki skarb ukryty przy jaskółczym gnieździe.
Zalotnicy ruszyli w drogę. Minął pewien czas.
Pierwszy nie chciał podróżować aż do Indii. Znalazł więc starą kamienną misę w świątyni, wyczyścił ją i przedstawił jako świętą pamiątkę.
Księżniczka popatrzyła na naczynie.
— Prawdziwa świętość jaśniałaby prawdą, nie polerowaniem. Próbował mnie pan oszukać.
Zawstydzony młodzieniec odjechał.
Drugi zalotnik również wybrał podstęp. Wynajął rzemieślników, aby wykonali piękną złotą gałąź ze srebrnymi listkami i owocami z drogich kamieni. Gałązka rzeczywiście zachwycała.
— Oto skarb z góry Hōrai! — ogłosił dumnie.
W tej samej chwili przybyli jednak rzemieślnicy.
— Szanowny panie — powiedzieli — zamówił pan tę gałązkę, ale jeszcze nam pan za nią nie zapłacił.
Prawda wyszła na jaw. Księżniczka oddała gałązkę zalotnikowi.
— Złotem można stworzyć piękny przedmiot. Nie można nim kupić prawdziwej opowieści.
Trzeci młodzieniec nabył niezwykłą skórę od kupca, który zapewniał, że ogień jej nie strawi.
— Sprawdźmy to — zaproponowała księżniczka.
Zbliżono skórę do płomienia i natychmiast zaczęła się tlić.
— A więc pana oszukano — powiedziała dziewczyna. — Pan zaś chciał mi wręczyć rzecz, której nawet pan nie sprawdził.
Czwarty zalotnik naprawdę wypłynął na morze w poszukiwaniu smoka. Zerwała się jednak straszna burza, a statek zatrzeszczał wśród fal. Młodzieniec zrozumiał wtedy, że żadna perła nie jest warta życia jego ludzi. Kazał zawrócić do brzegu.
Gdy księżniczka się o tym dowiedziała, nie wyśmiała go.
— Przynajmniej w porę pojął pan, że bezpieczeństwo innych jest ważniejsze od dumy — powiedziała.
Piąty młodzieniec tak się spieszył z wykonaniem zadania, że omal nie spadł z wysokiej drabiny. Również on zrezygnował z nierozsądnego ryzyka. Tak pięciu zalotników kolejno opuściło dom zbieracza bambusa.
Po jakimś czasie sława księżniczki dotarła do cesarza. Pragnął poznać dziewczynę, o której mówił cały kraj. Początkowo nie chciała się spotkać: była zmęczona ludźmi, którzy widzieli w niej tylko niezwykłą urodę. Pewnego dnia cesarz przybył jednak w te strony i spotkali się w ogrodzie.
— W stolicy znalazłoby się dla pani zaszczytne miejsce — powiedział.
Księżniczka skłoniła się.
— Dziękuję, ale mój dom jest teraz tutaj, przy ludziach, którzy mnie wychowali.
Cesarz się zdziwił, lecz uszanował jej odpowiedź.
— Nie będę więc pani do niczego zmuszał.
Odtąd od czasu do czasu wymieniali listy i wiersze. Cesarz cenił rozum księżniczki tak samo jak jej piękno.
Wydawało się, że życie odzyskało spokój. Pewnego lata zbieracz bambusa zauważył jednak, że córka się zmieniła. W ciepłe wieczory wychodziła do ogrodu i długo wpatrywała się w księżyc. Niekiedy jej oczy lśniły od łez.
— Córko, co cię smuci? — pytała matka.
— Nic — odpowiadała z początku.
Im bliżej było sierpniowej pełni, tym trudniej przychodziło jej ukrywać smutek. Wreszcie posadziła przybranych rodziców obok siebie.
— Muszę powiedzieć wam prawdę.
Staruszkowie spojrzeli na nią z niepokojem.
— Nie urodziłam się na Ziemi. Mój prawdziwy dom to Księżycowe Królestwo. Dawno temu wysłano mnie, bym zamieszkała przez pewien czas wśród ludzi. Dlatego znaleźliście mnie w świecącym bambusie.
Matka mocniej ścisnęła jej dłoń.
— Ale jesteś naszą córką.
— I zawsze nią pozostanę w sercu — odpowiedziała księżniczka. — Jednak piętnastej nocy tego miesiąca ktoś po mnie przyjdzie. Nie będę mogła zostać, choć tak bardzo bym chciała.
Zbieracz nie mógł w to uwierzyć.
— Zamkniemy bramę! Wezwę straże! Nikt cię nie zabierze!
Wieść dotarła do cesarza. Przysłał wojowników, by strzegli domu. W wyznaczoną noc wokół chatki stały setki ludzi. Brama była zamknięta. Łucznicy wypatrywali czegoś na niebie.
Pełnia wzeszła nad górami. Początkowo panowała cisza. Potem niebo zaczęło jaśnieć, jakby nadchodził świt. Z księżycowego światła powoli opadła biała chmura. Stali na niej niebiańscy posłańcy, a obok czekał lekki, świetlisty powóz.
Wojownicy chcieli podnieść broń, lecz ich ręce jakby nagle stały się zbyt ciężkie. Nikt nie został zraniony. Po prostu ziemska siła nie mogła tej nocy mierzyć się z księżycową.
Drzwi domu otworzyły się same. Księżniczka wyszła do rodziców.
— Nie płaczcie — szepnęła, sama ledwo powstrzymując łzy. — Daliście mi coś, czego nie ma ani w złotym bambusie, ani w pałacach. Daliście mi rodzinę.
Matka objęła ją mocno.
— Czy na Księżycu o nas zapomnisz?
— Nigdy.
Księżniczka zostawiła rodzicom piękną szatę na pamiątkę, a dla cesarza napisała pożegnalny list. Dołączyła do niego małe naczynie z eliksirem długiego życia.
— Przekażcie to cesarzowi — poprosiła. — Powiedzcie mu, że jestem wdzięczna za jego szacunek i przyjaźń.
Niebiańscy posłańcy narzucili jej na ramiona lekki płaszcz. Mówiono, że potrafił koić ziemski smutek. Zanim jednak wsiadła do powozu, księżniczka jeszcze raz obejrzała się na starą chatkę, bambusowy gaj i dwoje ludzi, którzy stali się jej prawdziwą rodziną.
Powóz uniósł się w niebo. Coraz wyżej i wyżej. W końcu stał się małą jasną kropką przy pełnym księżycu i zniknął.
Kiedy cesarz przeczytał list, długo milczał. Przyniesiono mu eliksir.
— Mówią, że kto go wypije, będzie żył niezwykle długo — powiedział sługa.
Cesarz spojrzał na księżyc.
— Po cóż mi życie bez końca, skoro ludzie, na których nam zależy, mogą i tak znaleźć się tak daleko?
Kazał zanieść list i eliksir na szczyt najwyższej góry, najbliższej niebu, i tam spalić je, aby dym zaniósł jego słowa do Księżycowego Królestwa.
Według dawnej legendy właśnie dlatego góra zajęła szczególne miejsce w pamięci ludzi. Łączono ją z nieśmiertelnością i dymem, który miał kiedyś unosić się ze szczytu Fuji.
Stary zbieracz bambusa i jego żona jeszcze przez wiele lat wychodzili wieczorami do ogrodu. Kiedy nad bambusem pojawiała się pełnia, nie mówili: „Nasza córka odeszła”.
Mówili:
— Spójrz, dzisiaj znów jest z nami jej światło.
Bambus szeleścił cicho w nocnym wietrze, jakby on także pamiętał maleńkie świecące dziecko, które kiedyś pojawiło się we wnętrzu zielonej łodygi i nauczyło ludzi prostej prawdy: rodziną stajemy się nie tylko przez narodziny, lecz również przez miłość, troskę i wspólnie przeżyty czas.
Niech ta opowieść zostawi w Twoim sercu odrobinę światła ✨
