Okładka: Zelinda i potwór

Włochy

Zelinda i potwór

potwór, odwaga, współczucie, przemiana

Kraj
Włochy
Wiek
7–11 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Zelinda i potwór

Dawno temu we Włoszech, niedaleko wielkiego miasta, mieszkał niezamożny człowiek z trzema córkami. Starsze nazywały się Rozina i Marietta, a najmłodsza Zelinda.

Siostry były różne. Rozina lubiła piękne suknie, Marietta kolorowe chustki, a Zelinda najbardziej cieszyła się prostymi rzeczami: porannym słońcem, zapachem chleba, ptasim śpiewem i kwiatami przy oknie.

Pewnego styczniowego ranka ojciec wybierał się na jarmark.

— Kupię wszystko, co potrzebne w domu — powiedział. — A jeśli zostanie trochę pieniędzy, każdej przywiozę mały podarunek. Co chciałybyście dostać?

— Nową suknię! — od razu poprosiła Rozina.

— A ja chustkę — powiedziała Marietta.

Zelinda pomyślała i się uśmiechnęła:

— Jeśli znajdziesz, przywieź mi jedną różę.

— Różę? W styczniu?

— W takim razie nie szukaj długo. Wystarczy mi sama myśl, że o mnie pamiętałeś.

Na jarmarku ojciec szybko znalazł i suknię, i chustkę. Róży jednak nie było nigdzie. Już wracał do domu, kiedy zobaczył ogród za wysokim murem. Brama była uchylona.

Mężczyzna zajrzał do środka i znieruchomiał. Pośrodku zimowego dnia zieleniły się tam drzewa, śpiewały ptaki i kwitły kwiaty. A przy ścieżce stał krzew obsypany różami.

— Tylko jedną — szepnął. — Dla Zelindy.

Zawołał gospodarza, lecz nikt nie odpowiedział. Wtedy ostrożnie zerwał jeden kwiat.

W tej samej chwili ziemia jakby zahuczała. Zza drzew wyszło olbrzymie stworzenie. Przypominało smoka: ciężkie łapy, łuskowaty grzbiet, ostre uszy i oczy świecące w półmroku.

— Kto pozwolił ci zrywać moje róże? — zagrzmiał potwór.

Ojciec tak się przestraszył, że róża niemal wypadła mu z rąk.

— Przepraszam. Wołałem gospodarza, ale nikt nie odpowiedział. To dla mojej córki. Jestem gotów zapłacić.

Potwór długo milczał.

— Róże w tym ogrodzie nie są na sprzedaż — powiedział wreszcie. — Ale możesz odejść. Tylko wróć jutro i przyprowadź córkę, dla której wziąłeś kwiat. Chcę usłyszeć od niej samej, czy naprawdę potrzebowała tej róży.

Ojcu nie spodobało się to żądanie, lecz potwór już odszedł w cień drzew. Mężczyzna wrócił do domu zasmucony.

Siostry od razu zauważyły jego minę.

— Co się stało?

Opowiedział wszystko tak, jak było.

— To przez różę! — oburzyła się Rozina.

— Przecież mówiłam, że zimą kwiaty są do niczego — dodała Marietta.

Zelinda wzięła ojca za rękę.

— Nie kłóćcie się. Pójdę z tobą. Jeśli gospodarz ogrodu gniewa się z powodu kwiatu, sama go zwrócę i poproszę o wybaczenie.

Następnego dnia przyszli razem do ogrodu.

Za bramą tym razem stał oświetlony pałac. Drzwi otworzyły się same. W wielkiej sali stół był nakryty, a cztery marmurowe posągi z lampami w dłoniach jakby wskazywały drogę.

— Dziwne miejsce — szepnął ojciec.

— Ale na razie zachowuje się grzecznie — odpowiedziała Zelinda.

Po kolacji przygotowano im osobne pokoje. Rano zaś potwór czekał przy różanym krzewie.

Zelinda podała mu kwiat.

— Nie prosiłam ojca, żeby brał go bez pozwolenia. Oto on. Wybacz ojcu.

Potwór spojrzał na różę, potem na dziewczynę.

— Zatrzymaj kwiat. Chciałem zobaczyć, kto o niego poprosił. Twój ojciec może wrócić do domu.

— A ja?

— Proszę, żebyś została tutaj przez kilka dni. W tym ogrodzie od dawna nikt nie rozmawiał ze mną bez strachu.

Ojciec chciał zaprotestować, lecz Zelinda powiedziała:

— Zostanę na krótko. Ale tylko jeśli będę mogła odejść, kiedy zechcę.

Potwór powoli skinął głową.

— Obiecuję.

Tak zaczęło się dziwne życie Zelindy w zaczarowanym pałacu.

Za dnia spacerowała po ogrodzie, czytała w bibliotece i słuchała muzyki, która czasem sama rozbrzmiewała w pustej sali. Niewidzialne ręce podawały obiad, zapalały lampy i przynosiły świeżą wodę.

Co wieczór przychodził do niej potwór.

Początkowo Zelinda się spinała, kiedy słyszała jego ciężkie kroki. Stopniowo jednak zauważyła, że nigdy nie wchodzi bez pozwolenia, nie dotyka jej rzeczy i zawsze pyta, czy czegoś nie potrzebuje.

Pewnego wieczoru potwór zapytał:

— Wciąż się mnie boisz?

Zelinda pomyślała.

— Twojego wyglądu trochę. Ale ciebie samego już mniej.

Potwór zaśmiał się smutno.

— To chyba najlepsza odpowiedź, jaką słyszałem.

Często pytał:

— Czy mogłabyś zostać tu na zawsze?

Zelinda za każdym razem odpowiadała:

— Nie mogę obiecywać czegoś, czego nie czuję.

Początkowo potwór się smucił. Z czasem jednak przestał prosić i tylko mówił:

— Dobrze. Zostań więc po prostu tak długo, jak zechcesz.

Minęło kilka tygodni.

Pewnego dnia potwór przyniósł małe lustro w srebrnej oprawie.

— To nie jest zwykłe lustro. Może pokazać kogoś, za kim tęsknisz.

Zelinda od razu pomyślała o ojcu.

W lustrze pojawił się znajomy pokój. Ojciec leżał w łóżku, a obok siedziały Rozina i Marietta. Był chory i cały czas patrzył na drzwi.

— Tęskni za mną — szepnęła Zelinda. — Muszę wrócić.

Potwór spuścił głowę.

— Dałaś mi więcej dobrych dni, niż zasługiwałem się spodziewać. Idź.

— Nie gniewasz się?

— Jeśli trzyma się kogoś przy sobie siłą, to już nie jest przyjaźń.

Zelinda uważnie spojrzała na niego.

— W takim razie wrócę.

— Nie obiecuj z litości.

— Obiecuję, bo chcę.

W tej samej chwili jeden z posągów podał jej małą złotą różę.

— Kiedy zechcesz wrócić, połóż ją przy prawdziwej róży i pomyśl o ogrodzie — wyjaśnił potwór.

W domu ojciec zaczął zdrowieć szybciej, gdy tylko zobaczył córkę. Zelinda opowiedziała o pałacu, ogrodzie i dziwnym gospodarzu.

Siostry nie mogły uwierzyć.

— Naprawdę chcesz do niego wrócić? — pytała Marietta.

— Jest straszny tylko z zewnątrz — odpowiadała Zelinda. — I nauczył się jeszcze jednej ważnej rzeczy: nie żądać tego, co można dostać tylko dobrowolnie.

Po kilku dniach ojciec wstawał już z łóżka. Zelinda wyszła do ogrodu, położyła złotą różę przy krzewie i zamknęła oczy.

Kiedy je otworzyła, znów stała przed nią wysoka brama zaczarowanego ogrodu.

Lecz pałac był ciemny.

— Gdzie jesteś? — zawołała Zelinda.

Znalazła potwora przy tym samym różanym krzewie. Siedział na ziemi, jakby zupełnie stracił siły.

— Myślałem, że nie wrócisz — powiedział cicho.

— Przecież obiecałam.

— Ludzie czasem zmieniają decyzję.

— I mają do tego prawo. Ale ja swojej nie zmieniłam.

Zelinda usiadła obok.

— Nie wróciłam przez obietnicę. Wróciłam, bo zostałeś moim przyjacielem. I chcę sama zdecydować, jaka będzie dalsza część naszej historii.

Gdy tylko wypowiedziała te słowa, przez ogród przeszedł ciepły wiatr. Róże zaszeleściły, posągi w pałacu podniosły lampy, a wokół potwora rozbłysło miękkie złote światło.

Zelinda przysłoniła oczy.

Kiedy blask zgasł, stał przed nią młody mężczyzna.

— Nie bój się — powiedział znajomym głosem. — To wciąż ja.

Opowiedział, że był synem króla, lecz wiele lat temu został zaczarowany. Urok miał trwać, dopóki ktoś nie zobaczy w nim prawdziwego człowieka, zamiast strasznego wyglądu lub bogatego pałacu, i nie zostanie obok z własnej woli.

— Długo myślałem, że muszę namówić kogoś, żeby mnie pokochał — powiedział. — Okazało się jednak, że czary zaczęły słabnąć dopiero wtedy, gdy nauczyłem się szanować cudze „nie”.

Zelinda się uśmiechnęła.

— Wygląda na to, że była to najtrudniejsza próba.

Kiedy ojciec i siostry przyjechali do pałacu, ledwie rozpoznali czarodziejski ogród z opowieści. Nie wydawał się już ponury ani tajemniczy. Brama była otwarta na oścież, a za nią rozlegały się ludzkie głosy.

Różany krzew pozostał na swoim miejscu.

Zelinda za każdym razem, gdy przechodziła obok, wspominała pewną styczniową różę, od której zaczęła się cała historia.

Nie każdy podarunek musi być drogi. Nie każdy straszny wygląd oznacza złe serce. I żadna prawdziwa przychylność nie rodzi się z przymusu.

Czasem najsilniejsze czary przełamuje bardzo prosta rzecz: prawo człowieka do samodzielnego powiedzenia „tak”.