Okładka: Żabek narzeczony

Korea Południowa

Żabek narzeczony

żaba, przemiana, rodzina, wybór

Kraj
Korea Południowa
Wiek
6–10 lat
Wersja audio

Posłuchaj baśni

Żabek narzeczony

Daleko wśród skalistych gór stała mała chatka rolnika Pak We i jego żony. Ziemi mieli niewiele, a i ta była skąpa. Każdej wiosny Pak We spulchniał twardą ziemię, siał proso i ryż, naprawiał wąskie rowki na wodę. Jego żona doglądała warzywnika, suszyła zioła, gotowała pachnące potrawy i nigdy nie pozwalała mężowi smucić się dłużej, niż trzeba.

Żyli ubogo, ale zgodnie.

Nad ich doliną, nieco wyżej w górach, leżał staw. Wypływał z niego strumyk, który poił pola. W stawie były też ryby. Kiedy zbiory były małe, Pak We łowił kilka ryb i niósł je na targ. Dzięki temu miał wraz z żoną trochę pieniędzy na olej, materiał albo nową miskę.

Pewnego lata Pak We zauważył coś dziwnego.

Ryb było coraz mniej.

— Może się starzeję i nie umiem już łowić? — mruczał, sprawdzając haczyki.

Ale to nie była wina haczyków.

Wody w stawie też zaczęło ubywać. Każdego dnia brzeg cofał się dalej. Wreszcie tam, gdzie niedawno lśniła woda, zostały tylko wilgotne kamyki i wąska strużka strumienia.

Pak We złapał się za głowę.

— Bez wody ryż przepadnie. Bez ryżu będziemy musieli opuścić dom!

Zszedł na dno niemal wyschniętego stawu i nagle zobaczył w błocie ogromną żabę. Była tak wielka, że jej okrągłe oczy przypominały dwie zielone latarenki.

— Więc to ty? — zawołał rolnik. — Wypiłeś wodę i zjadłeś wszystkie ryby?

Żabek mrugnął.

— Nie złość się, Pak We.

Rolnik o mało nie upuścił koszyka.

— Ty… mówisz?

— I mówię, i słucham — odpowiedział Żabek. — A do tego wiem coś, czego ty jeszcze nie wiesz. Zabierz mnie do domu. Nie pożałujesz.

— Do domu? — Pak We obejrzał się, jakby miał nadzieję, że ktoś zaraz wyjaśni mu ten dziwny poranek. — A co powie moja żona, kiedy przyprowadzę żabę wielkości cielaka?

— Powiedz, że jestem świetnym rozmówcą.

Pak We podrapał się po głowie.

— To może zadziałać — przyznał.

Ruszyli więc w dół. Pak We dreptał ścieżką, a Żabek robił jeden skok tam, gdzie rolnik potrzebował dziesięciu kroków.

Zobaczywszy gościa, pani Pak najpierw przycisnęła dłonie do policzków.

— Ależ rybę przyniosłeś!

— To nie ryba — westchnął mąż. — To gość.

Żabek uprzejmie się ukłonił.

— Dobry wieczór, pani Pak. Obiecuję nie zajmować dużo miejsca. No… przynajmniej będę się starał.

Pani Pak nie wytrzymała i się roześmiała.

Urządzili gościowi chłodny kącik z mokrymi liśćmi i wielką miską wody. Po kolacji Żabek zaczął opowiadać historie. Wiedział, gdzie wiosną najpierw zakwita śliwa, dlaczego sroka kłóci się z wiatrem, jak księżyc odbija się w ryżowych polach i dlaczego żabie chóry nigdy nie gubią rytmu.

Słuchając go, Pak We i jego żona zapomnieli o zmęczeniu.

A o świcie Żabek wyszedł na ganek i zaśpiewał.

Była to dziwna pieśń: jakby krople deszczu padały na liście, strumyk biegł między kamieniami, a daleko nad górami dzwoniły małe srebrne dzwoneczki.

Kiedy pieśń się skończyła, Pak We zobaczył, że woda znów płynie na pola. A na podwórku stały worki ryżu i prosa, kosze owoców oraz nowe narzędzia gospodarskie. W spiżarni pojawiło się tyle zapasów, że pani Pak trzykrotnie przeliczyła słoje i kosze, a potem powiedziała:

— Albo śpię, albo nasz gość jest znacznie ciekawszy, niż się wydaje.

Żabek tylko mrugnął.

Odtąd staruszkowie nie bali się już głodu. Nie stali się rozrzutni. Część zapasów zostawili sobie, a część zanieśli sąsiadom, których tamtego roku dotknął nieurodzaj.

Żabek mieszkał u nich, opowiadał baśnie i śpiewał każdego wieczoru.

Pewnego razu pani Pak zaczęła mówić o córce zamożnego pana Pum, mieszkającego w sąsiedniej wsi.

— Pannę Brzoskwinię wszyscy chwalą nie tylko za urodę — powiedziała. — Umie czytać, dobrze gra na instrumencie muzycznym i nigdy nie mija obojętnie kogoś, kto potrzebuje pomocy.

Żabek słuchał uważnie.

Następnego ranka powiedział do Pak We:

— Chciałbym poznać pannę Brzoskwinię.

Pak We aż się zakrztusił.

— Poznać?

— Właśnie tak. Idź do jej ojca i przekaż moją prośbę.

— Rozumiesz, że pan Pum jest bardzo dumny? Ledwie rozmawia ze zwykłymi ludźmi. A ty…

— Żaba — podpowiedział gość.

— Wielka żaba — uściślił Pak We.

Żabek przytaknął.

— Mimo to nie proszę o niczyją rękę bez zgody. Przekaż tylko, że chciałbym się spotkać. Niech panna Brzoskwinia sama zdecyduje, czy chce mnie zobaczyć.

Te słowa trochę uspokoiły rolnika.

Następnego dnia włożył najlepszą szatę i wyruszył do pana Pum.

Posiadłość była tak wielka, że Pak We długo szedł od bramy do domu. Pan Pum przyjął go chłodno.

— Kim jest ten młody człowiek, który pragnie spotkać się z moją córką? Z jakiej rodziny pochodzi? Jaką ma pozycję?

Pak We obracał czapkę w rękach.

— Jest… dobry. Mądry. Śpiewa tak, że woda wraca na pola.

— A jego imię?

Rolnik westchnął.

— Nazywamy go Żabkiem. Bo jest żabą.

Pan Pum zerwał się tak gwałtownie, że poduszka spadła z fotela.

— Żaba? Przychodzisz do mojego domu z taką propozycją? Precz!

Słudzy już ruszyli ku Pak We, lecz w tej samej chwili niebo pociemniało. Zagrzmiało. Wiatr zakręcił liśćmi na podwórku, a pierwsze krople deszczu zastukały o dach.

Pan Pum znieruchomiał.

— Dziwne… Przed chwilą niebo było pogodne.

— Nie wiem, dlaczego zaczęła się burza — powiedział Pak We. — Ale wiem coś innego. Nikt nie prosi pana, żeby wydał córkę za mąż. Żabek prosi tylko, by pozwolić jej samej zdecydować, czy chce z nim porozmawiać.

Zza parawanu dobiegł głos:

— W takim razie chcę.

Do pokoju weszła panna Brzoskwinia.

— Ojcze, jeśli ta historia jest prawdziwa, sama przyjrzę się dziwnemu gościowi. Rozmowa jeszcze nikogo do niczego nie zobowiązuje.

Pan Pum nie był zadowolony, ale nie mógł zaprotestować.

Kiedy panna Brzoskwinia przyjechała do chatki Paków, Żabek czekał na ganku.

Nie ukrywał się i nie próbował udawać kogoś innego.

— Dziękuję, że pani przyszła — powiedział.

Panna Brzoskwinia obejrzała go od okrągłej głowy po ogromne łapy.

— Przyznaję, nigdy wcześniej nie rozmawiałam z żabą.

— A ja nigdy wcześniej nie prosiłem człowieka, żeby nie oceniał mnie po pierwszych dziesięciu sekundach — odpowiedział.

Uśmiechnęła się.

Rozmawiali długo. O górach. O książkach. O rodzicach. O tym, że bogactwo nic nie jest warte, jeśli obok nikt się nie śmieje. Żabek opowiedział, jak Pak We i jego żona przyjęli go pod swój dach, choć mieli bardzo mało.

— A dlaczego chce pan ożenić się właśnie ze mną? — zapytała wreszcie panna Brzoskwinia.

Żabek umilkł.

— Najpierw usłyszałem o pani od pani Pak i pomyślałem tylko o wykonaniu dawnego czarodziejskiego zadania. Ale teraz rozumiem: nie można uczynić człowieka częścią zadania. Dlatego lepiej powiem tak. Chciałbym spotkać się z panią jeszcze raz, jeśli sama pani tego chce.

Panna Brzoskwinia spojrzała na niego uważnie.

— Chcę.

Przyjechała drugi raz. Potem trzeci. Spacerowali przy odnowionym stawie, słuchali wieczornych żab, spierali się, która gwiazda wschodzi pierwsza, i śmiali się z tego, jak Pak We próbował nauczyć ogromnego gościa używania małych pałeczek do jedzenia.

Minęło kilka tygodni.

Pewnego wieczoru Żabek powiedział:

— Muszę wyjawić ci tajemnicę. Kiedyś mieszkałem wśród gwiazd. Przez swoją nierozwagę otrzymałem czarodziejską żabią powłokę i trzy zadania. Wykonałem już dwa. Trzecie z początku rozumiałem źle. Myślałem, że muszę po prostu znaleźć narzeczoną. Teraz wiem: muszę zasłużyć na zaufanie osoby, która sama mnie wybierze.

— A co wtedy się stanie? — zapytała cicho Brzoskwinia.

— Nie wiem na pewno. Być może czary się skończą. Ale nie chcę, żebyś zgadzała się ze względu na magię.

Panna Brzoskwinia się zastanowiła.

— Nie wiem, kim się staniesz, kiedy czary miną. Ale wiem, kim byłeś przy mnie przez cały ten czas. Dobrym, uważnym i uczciwym. Jeśli nadal tego chcesz, zgadzam się zostać twoją narzeczoną.

W tej samej chwili żabia skóra rozbłysła miękkim zielonym światłem.

— Chyba powłoka się otwiera — powiedział ze zdziwieniem Żabek.

Rozchyliła się niczym płatki wielkiego kwiatu. I wyszedł z niej młodzieniec w jasnej szacie ozdobionej złotymi gwiazdami.

Pak We usiadł prosto na stopniu.

Pani Pak przycisnęła dłoń do ust.

Panna Brzoskwinia tylko uniosła brwi.

— Teraz znów będę musiała przywyknąć do twojego wyglądu — powiedziała.

Młodzieniec się roześmiał.

— Mam nadzieję, że nie zajmie to następnych kilku tygodni.

Opowiedział, że był synem niebiańskiego władcy i miał wrócić do Gwiezdnej Krainy, kiedy nauczy się odpowiedzialności. Czarodziejskie dary dla Paków również stamtąd pochodziły.

— Przyjęliście mnie, kiedy nie wiedzieliście, kim jestem — powiedział staruszkom. — Dlatego ten dom na zawsze pozostanie moim ziemskim domem.

Wkrótce odbyło się wesele. Tym razem nikt nie ukrywał przed narzeczoną, kto stoi obok niej, i nikt nie decydował za nią.

Po uroczystości przy bramie pojawił się srebrzysty rydwan. Panna Brzoskwinia pożegnała ojca, objęła Pak We i jego żonę i usiadła obok męża.

— Wrócimy — obiecał.

Konie dotknęły kopytami powietrza, a rydwan wzniósł się ponad dach, ponad sosny, ponad góry.

Tej nocy nad doliną pojawiły się obok siebie dwie bardzo jasne gwiazdy.

Pani Pak wyszła na ganek, spojrzała w niebo i się uśmiechnęła.

— Widzisz? — powiedziała mężowi. — Przecież mówiłam: trzeba dobrze przyjmować gości.

Pak We prychnął.

— Następnym razem najpierw zapytamy, ile miejsca potrzebuje.

I jeszcze długo śmiali się pod dwiema gwiazdami, które lśniły nad górską doliną.