

Mongolia
Żona, która lubiła masło
Dawno, dawno temu niedaleko wielkiego miasta mieszkali mąż i żona. Nie byli bogaci, lecz mieli dziewięć krów, niewielką chatę i kawałek ziemi.
- Kraj
- Mongolia
- Wiek
- 5–9 lat
- Czas czytania
- 7 min

Posłuchaj baśni
Żona, która lubiła masło
Dawno, dawno temu niedaleko wielkiego miasta mieszkali mąż i żona. Nie byli bogaci, lecz mieli dziewięć krów, niewielką chatę i kawałek ziemi. Mąż ponad wszystko lubił smaczne jedzenie. Jeśli w spiżarni pojawiał się worek ziarna, chciał ugotować wszystko od razu. Gdy na jarmarku widział pachnące placki, wędzoną rybę albo garnuszek miodu, chętnie oddawał za nie rzeczy, które miały długo służyć rodzinie. Żona zaś najbardziej lubiła świeże masło. Potrafiła ubijać je tak, że było złociste, pachnące i delikatne. — Masło jest smaczne, kiedy mamy mleko — powtarzała często. — A mleko będzie, jeśli zadbamy o krowy. Mąż jednak tylko się śmiał: — Jutro jakoś sobie poradzimy. Dzisiaj trzeba dobrze zjeść! Pewnego razu zaprowadził krowę na jarmark i wrócił bez niej, za to z wielkim koszem smakołyków. — Mieliśmy dziewięć krów, mamy osiem — powiedział. — Czy to takie wielkie nieszczęście? Po kilku tygodniach wymienił następną. — Było osiem, jest siedem. Nic strasznego. Powtarzało się to raz za razem. Żona prosiła, żeby przestał, liczyła zapasy i tłumaczyła, że zima jest długa. Lecz mąż za każdym razem znajdował nowe usprawiedliwienie. Wreszcie została im jedna jedyna krowa. Żona sama prowadzała ją na pastwisko, sama poiła, sama doiła i nie spuszczała jej z oczu. Któregoś dnia musiała jednak pójść po wodę. Wróciła i zobaczyła pustą oborę. — Gdzie nasza krowa? — zapytała. Mąż z poczuciem winy odwrócił wzrok. — Ja… wymieniłem ją. Przyjechali kupcy. Mieli tyle pyszności… Żona długo milczała. — Oddałeś ostatnią rzecz, która nas żywiła — powiedziała w końcu. — Nie mogę już codziennie ratować nas przed skutkami tej samej decyzji. Wzięła ciepłą chustę, dzban i odeszła z domu. Długo szła śnieżną drogą, aż w górach znalazła niewielką jaskinię. W środku było sucho i cicho. Usiadła, oparła plecy o kamień i szepnęła: — Obym miała dość sił, żeby żyć uczciwie, pracować i nikomu niczego nie zabierać. Nagle usłyszała: kap… kap… kap… Z białej skalnej szczeliny sączył się ciepły mleczny płyn. Kobieta podstawiła dzban. Napój był świeży i lekko słodki, podobny do mleka. Ostrożnie go zebrała, a następnego dnia spróbowała ubić masło. Udało się tak wspaniałe, jakiego jeszcze nigdy nie zrobiła. Tak kobieta zamieszkała w jaskini. Brała tylko tyle mleka, ile potrafiła wykorzystać, niczego nie marnowała i codziennie dziękowała za to, co miała. Minęło trochę czasu. Pewnego dnia przypomniała sobie męża. „Pewnie siedzi głodny — pomyślała. — Mogę się gniewać, ale nie chcę zostawić człowieka bez kawałka chleba”. Włożyła masło do małego garnuszka, nocą przyszła do dawnej chaty i zostawiła go przy drzwiach. Powtórzyło się to kilka razy. Mąż szybko się domyślił, kto przynosi jedzenie. Pewnego ranka poszedł po śladach na śniegu i znalazł jaskinię. — Więc tutaj mieszkasz! — ucieszył się. — I ile masz masła! — To nie zapas na ucztę — odpowiedziała żona. — Biorę po trochu, a resztę zostawiam na jutro. Mąż jednak już zaglądał do dzbanów i garnków. — Jeśli dzisiaj jest dużo, po co czekać do jutra? Zaczął się krzątać, potrącił biały kamień i szczelina, z której sączyło się mleko, zamknęła się. Kobieta tylko pokręciła głową. — Właśnie o tym mówiłam. Znów wyruszyła w drogę. Po kilku dniach dotarła do szerokiej zielonej doliny. Pasły się tam dzikie łanie. Nie bały się jej, bo zachowywała się cicho i łagodnie. Każdego ranka jedna podchodziła do kobiety i pozwalała jej wziąć trochę mleka. Kobieta nigdy nie brała więcej, niż jej dawano. Niebawem znów miała masło. I znów nie wytrzymała: zaniosła mężowi mały garnuszek. Mąż ponownie poszedł za nią. Gdy ujrzał całą dolinę jeleni, zawołał: — Co za bogactwo! Trzeba je wszystkie zagonić do zagrody! Wtedy będziemy mieli tyle, ile zechcemy! Zaczął biegać, wymachiwać rękami i nawoływać zwierzęta. Jelenie się przestraszyły i uciekły daleko w góry. — Znowu zapragnąłeś wszystkiego, zamiast tego, co wystarczy — powiedziała smutno żona. I poszła dalej. Jej trzecim schronieniem została wielka skalna jaskinia. Mieszkały w niej leśne zwierzęta. Ich strażnikiem był mały zając. — Kim jesteś? — zapytał. — Wędrowniczką. Potrzebuję miejsca, gdzie mogłabym uczciwie pracować i nikomu nie przeszkadzać. Zwierzęta naradziły się i pozwoliły jej zostać. Kobieta sprzątała jaskinię, chroniła zapasy przed deszczem i ostrzegała mieszkańców, jeśli w pobliżu pojawiały się obce ślady. Minęło kilka tygodni. Znów pomyślała o mężu. Tym razem jednak zając zauważył jej smutne spojrzenie. — Chcesz zanieść mu jedzenie? — zapytał. — Chcę. Nie umiem inaczej. — Pomóc człowiekowi raz to dobroć — powiedział zając. — Pomóc drugi raz też może być dobrocią. Ale jeśli twoją pomoc za każdym razem zamienia się w nowe nieszczęście, trzeba zanieść nie kolejny garnek, lecz szczere słowa. Kobieta długo myślała. Potem wróciła do dawnej chaty bez masła. Mąż siedział przy zimnym piecu. — Niczego nie przyniosłaś? — zdziwił się. — Przyniosłam — odpowiedziała żona. — Rozmowę. Opowiedziała mu o dziewięciu krowach, czarodziejskiej jaskini, dolinie jeleni i o tym, jak za każdym razem jego pragnienie posiadania więcej niszczyło to, co mogło ich długo żywić. Mąż początkowo chciał się usprawiedliwiać. Nie znalazł jednak słów. — Czyli przez cały czas myślałem tylko o dzisiaj — powiedział cicho. — Tak. A jutro też przychodzi. — Co mam zrobić, żebyś uwierzyła, że zrozumiałem? — Nie obiecuj. Zacznij działać. Następnego ranka mąż poszedł do sąsiada i najął się do naprawiania ogrodzeń. Potem pomagał wieśniakom nosić siano, nauczył się naprawiać wozy. Część zarobku wydawał na jedzenie, a część odkładał. Minął miesiąc, potem drugi. Pewnego dnia kupił na jarmarku małą jałówkę zamiast kosza łakoci. Kiedy żona ją zobaczyła, uśmiechnęła się. — Teraz mamy jedną krowę, a nie dziewięć — powiedział mąż. — Ale tym razem wiem, że jedna zadbana jest lepsza od dziewięciu zaniedbanych. Kobieta wróciła do domu. Powiadają, że odtąd masła nigdy w ich chacie nie brakowało. Stawiali je jednak na stole małymi kawałkami, żeby wystarczyło i na dzisiaj, i na jutro. A kiedy mąż czasami zbyt długo przyglądał się jarmarcznym przysmakom, żona pytała tylko: — Ile krów mieliśmy kiedyś? — Dziewięć — odpowiadał ze śmiechem. — I wszystko pamiętam.
Niech ta baśń zostawi odrobinę światła w Twoim sercu ✨
